Snajper

W drodze powrotnej ze szkoły do domu, nieco ponad miesiąc przed maturą naszła mnie ochota na obejrzenie jakiegoś wymagającego od widza refleksji filmu, nieprzekoloryzowanego i realistycznego. Tym sposobem po uprzednim zrzuceniu torby, przebraniu się i umyciu, zrobiłam sobie kilka kanapek i odpaliłam swojego peceta w poszukiwaniu godnego mej uwagi filmu biograficznego, czego pokłosiem okazał się amerykański dramat wojenny – „Snajper”.

Twórcą tegoż filmu jest gwiazdor dużego ekranu („Brudny Harry”, „Gran Torino”) oraz bardzo dobry i utalentowany reżyser („Za wszelką cenę”, „Listy z Iwo Jimy”) w osobie legendarnego Clinta Eastwooda. W buty tytułowego snajpera wszedł będący teraz ”na topie” Bradley Cooper, odtwórca ról w takich filmach, jak choćby komedie z serii „Kac Vegas”, czy w thrillerze science-fiction z 2011 roku, „Jestem Bogiem”. Dzieło Eastwooda miało swą światową premierę w listopadzie 2014 roku, jednakże w Polsce zagościło dopiero w lutym roku następnego.

Film ten opowiada losy Chrisa Kyle’a, najskuteczniejszego snajpera w historii armii Stanów Zjednoczonych, który w trakcie swoich czterech zmian w Iraku zastrzelił ponad 250 osób.
„Snajper” ukazuje nam życie Chrisa od podszewki – od dzieciństwa, aż po tragiczną śmierć.
Wychowany twardą ręką przez ojca (Gerald Butler) wyrósł na patriotę o silnie ugruntowanych, wpojonych za młodu zasadach. W filmie widzimy proces kształtowania Chrisa jako człowieka, jego wstąpienie do elitarnego oddziału Navy SEALs, poznanie swojej życiowej partnerki w jednym z barów i koleje jego życia zawodowego. Akcja filmu przenosi się sprawnie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a ogarniętym wojną Irakiem. Reżyser pokazuje nam w dużej mierze wojnę w Iraku oczami Chrisa przeplataną wątkami obyczajowymi pchanego poczuciem obowiązku wobec ojczyzny Amerykanina.
Film, od strony psychologicznej, przedstawia emocje targające głównym bohaterem, rozdartym między obowiązkiem, a rodziną. Widać dokładnie, jak Chris oddala się od kochającej rodziny, nawet między zmianami w Iraku będąc myślami obok towarzyszy broni, nie mogąc się pogodzić z tym, że nie może im pomóc,ochronić. Kiedy wszystko zmierza w kierunku normalności, Chris rezygnuje z dalszej służby, zapomina powoli o demonach wojny i skupia się na spełnianiu w rodzinnym szczęściu z kochającą żoną, nic nie zwiastuje tragicznego zakończenia…
Jak przystało na kasowy, amerykański film, ścieżka dźwiękowa, sceny i efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, a gra aktorska, ze wskazaniem na odtwórcę głównej roli, jest wyśmienita; Cooper niekiedy wyalienowany, nieefektowny, lecz znakomicie odegrał swoją rolę, co potwierdzają nominacje do wielu nagród.
Podsumowując; film wywarł na mnie spore wrażenie, utrzymywał w napięciu już od sceny otwierającej film, gdy Chris trzymał na celowniku irackie dziecko niosące bombę i bijąc się z sobą, czy strzelić… Jedynym minusem według mnie było spłycenie nieco wątku obyczajowego; ciągle mam nieodparte wrażenie, iż można było to jeszcze trochę rozwinąć. Mimo wszystko, z czystym sumieniem gorąco polecam ten film. Miłośnicy przede wszystkim dramatów nie powinni czuć się zawiedzeni.

!

Love, Rosie

Przy krótkiej pogawędce w szkole, dziewczyny poleciły mi film pod tytułem „Love, Rosie”. Nie czekając długo, po ciężkim dniu w szkole zdecydowałam się zobaczyć co kryje się za samymi superlatywami, które usłyszałam z ust znajomych.

Ich opinie mnie nie zawiodły! Jest to filmowa wersja książki Cecelii Ahern, o tym samym tytule, która jednak początkowo nosiła nazwę „Na końcu tęczy”
Rosie i Alex to przyjaciele od kołyski. Spędzają ze sobą wiele czasu i wiedzą o sobie wszystko. Są wiernymi kompanami na dobre i złe, początkowo jeszcze nie świadomi gorącej miłości, która kiełkuje w ich nastoletnich sercach. Mają plany na przyszłość, które pozwolą im utrzymać swoje więzi nawet w dorosłym życiu. Niestety nieszczęsny los krzyżuje plany tych dwojga, kiedy to Rosie jest zmuszona pozostać w domowym gnieździe podczas gdy jej bratnia dusza rozwija swoje skrzydła w Bostonie. To dopiero początek niewiarygodnych przygód tych dwojga. Wokół nich dzieje się mnóstwo rzeczy, które raz dzielą a raz zbliżają ich do siebie.
Uważam, że film jest doskonałym wyborem dla osób wrażliwych z wysoką empatią. Bardzo ciekawym aspektem jest to, ze obserwujemy zdarzenia z kilku przestrzeni czasowych. Film porusza nie tylko problem miłosny, ale także nawiązuje do życiowych wyborów oraz trudności, które towarzyszą nam od wczesnych lat życia.

Dzieło jest fantastyczną lekcją życia, która obrazuje nam to, że mimo wszystko zawsze możemy odnaleźć swoje szczęście i cieszyć się nim bez względu na to w jak beznadziejnym położeniu obecnie się znajdujemy i w jakim stopniu sięgnęliśmy dna. Jeśli masz gorszy dzień i towarzyszy Ci tak zwany „dół” zaproś do siebie Rosie i Alexa. Opowiedzą Ci swoją historię a wtedy odzyskasz nadzieję na czekające na Ciebie szczęście.

P.S Kocham Cię

Już jakiś czas temu książka Cecelii Ahern pt. „P.S Kocham Cię” wpadła w moje ręce. Dziękuję Bogu za ten dzień, gdyż jest to dzieło pełne wzruszających momentów, czyli całkowicie pasujące do mnie. I tym sposobem „P.S Kocham Cię” zajęło honorowe miejsce w mojej domowej biblioteczce, Ale dziś powiemy sobie o filmowej adaptacji tej książki, o tym samym tytule.

Holly i Gerry Kennedy to małżeństwo z długim już jak na swój młody wiek stażem. Pobrali się dość wcześnie z powodu gorącej i bezwarunkowej miłości. Jak każda para mają wzloty i upadki, lecz mimo wszystko nie potrafią bez siebie żyć. Sekret ich niepojętego szczęścia tkwi w tym, że oprócz miłości, którą się wzajemnie darzą, małżonkowie są także bratnimi duszami. Doskonale się rozumieją i jest co coś, co tworzy między nimi niezniszczalną więź. Niestety nadchodzi dzień, kiedy ich bajka dobiega końca. Gerry odchodzi- umiera na guza mózgu. Pozostawia swoją ukochaną z ich wspólnymi przyjaciółmi, lecz mimo wielkiego wsparcia Holly nie potrafi wydostać się z sideł depresji spowodowanej tęsknotą. Ta historia nie kończy się w ten sposób. Gerry przed śmiercią postanowił przygotować dla swojej żony listy, które po jego odejściu są jej dostarczane w tajemniczych okolicznościach.

Każdy list kończy się słowami „P.S Kocham Cię”.
Osobiście pałam wielką sympatią do tego filmu a na samą myśl o nim w moich oczach pojawiają się łzy. Uważam, ze ekranizacja powieści nie zawiodła! Dobór aktorów jest perfekcyjny. Czytając książkę bez wcześniejszego obejrzenia filmu w bardzo podobny sposób wyobraziłam sobie sylwetki głównych bohaterów. Film oddaje wiele uczuć, ma swój niepowtarzalny klimat, wzrusza i daje do myślenia. Pokazuje, że tak naprawdę prawdziwa miłość nigdy się nie kończy i nie ma takiej siły na świecie (w tym wypadku śmierć) która by ją wyeliminowała.
Szczerze polecam zarówno film jak i powieść szczególnie sympatykom wyciskaczy łez.

Miasto 44

W przerwie od nauki do zbliżającej się matury doszłam do wniosku, że chcę obejrzeć film, który skłoni mnie do refleksji. Ściślej mówiąc miałam potrzebę zobaczenia polskiego dzieła o tematyce wojennej. W ten oto właśnie sposób moim oczom ukazało się Miasto 44.

Jesteśmy w Warszawie. Jest rok 1944. Poznajemy młodzieńca, Stefana Zawadzkiego. Wiedzie on życie typowe dla młodzieńca z tego okresu czasu. Wszystko zmienia się z dniem, gdy składa przysięgę i tym samym pragnie dołączyć do powstania. Musi opuścić rodzinę, która jeszcze nie otrząsnęła się po utracie ukochanego ojca, który oddał życie za ojczyznę.

 W dalszej części filmu obserwujemy powstańcze losy głównego bohatera i jego przyjaciół a także innych, młodych Warszawian. Są to ludzie mający po kilkanaście lat i tak jak dzisiejsza młodzież chcą się bawić, poznawać świat i co najważniejsze żyć. Mamy do czynienia z wątkiem miłości, która tak naprawdę w tym czasie nie ma prawa bytu. Przez ówczesną sytuację młodzi bohaterowie mogą jedynie wyobrazić sobie sielankowe i beztroskie życie. Mimo niespełnionych nigdy marzeń nie opuszcza ich duch walki, pragnienie zwycięstwa i silna wola przetrwania. Obserwujemy ich niezwykłą dojrzałość emocjonalną, odwagę i oddanie ojczyźnie. Moje odczucia w stosunku do filmu są naprawdę pozytywne. Nie pokazuje nam sytuacji politycznej ówczesnej Warszawy. Obrazuje zaś losy zwykłego śmiertelnika, który znalazł się w tak tragicznym położeniu. Jeśli chodzi o efekty specjalne, mogę śmiało stwierdzić, że z pewnością nie odstawały jakością od dobrych, zagranicznych produkcji. Same w sobie przyprawiały o dreszcze, podkreślały tragizm sytuacji.

Dzieło oddaje widzowi silne wrażenia emocjonalne. Jest to strzał w dziesiątkę dla osób poszukujących wrażeń w filmie. Nie brakuje w nim krwawych momentów i wzruszających sytuacji, które przeobrażają się w łzy oglądającego. W filmie występują przejmujące dialogi, których poszczególne cytaty zostaną przeze mnie niezapomniane. Jeśli chodzi o muzykę, to jest ona niebywale różnorodna. Możemy początkowo usłyszeć śpiewane przez młodzieńców utwory z dwudziestolecia międzywojennego, przechodząc przez refleksyjne piosenki takie jak „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena, kończąc na współczesnej muzyce rozrywkowej.
Serdecznie polecam obejrzenie Miasta 44. Jest to dzieło, które po seansie przez długi czas nie umknie Twojej pamięci. Ciężko jest opisać słowami uczucia towarzyszące oglądaniu filmu. Musisz zobaczyć to sam!

Polowanie

Dzisiejszego wieczoru, będąc u rodziny postanowiłam, jako, iż mam dwutygodniowe ferie, udać się w filmową podróż. Tym razem jednak zdecydowałam się obrać inny kierunek, niż to zazwyczaj bywało – czyli musiałam wykluczyć swą rodzinną Polskę oraz podróż za ocean. Takim oto sposobem trafiłam do ojczyzny twórcy jednych z najpiękniejszych baśni na świecie, Hansa Christiana Andersena.

Tak, tym krajem jest Dania. ,,Polowanie” to dramat, za którego produkcję odpowiada duński reżyser i scenarzysta Thomas Vinterberg, którego najgłośniejszym jak dotąd filmem jest dramat ,,Festen”, powstały w 1998 roku. Najgłośniejsze nazwisko, jakie Vinterberg zaangażował w swój projekt jest bez wątpienia osoba Madsa Mikkelsena, odtwórcy głównej roli w wysoko ocenianym serialu ,,Hannibal”.

Akcja toczy się w małym, skandynawskim miasteczku, gdzie wszyscy się znają, a ludzie są dla siebie niezwykle życzliwi. Na początku reżyser pokazuje nam życie codzienne głównego bohatera, rozwodnika Lucasa pracującego jako opiekun w przedszkolu, który po pracy nie stroni od spotkań z przyjaciółmi. Ot, normalny człowiek. Zauważamy również, że jest bardzo lubiany przez lokalną społeczność, a praca sprawia mu sporo radości, gdyż od samego początku widać, że kocha dzieci. Jednakże pewnego dnia sielanka dobiega końca, gdy córeczka najlepszego przyjaciela Lucasa oskarża go o molestowanie. Wywołuje to lawinę nieoczekiwanych wydarzeń… Film Thomasa Vinterberga pokazuje, jak zmienne są uczucia innych ludzi, jak łatwo w ciągu jednej chwili, wskutek niepopartego dowodami oskarżenia, stracić cały szacunek, zostać znienawidzonym. Jak jedna sytuacja może zniszczyć całe życie. Ukazuje, iż nawet będąc dobrym człowiekiem, uczynnym i pomocnym, można zostać skreślonym. Od głównego bohatera odwracają się wszyscy; od przyjaciół, kolegów z pracy, po zwykłych ludzi z ulicy. Wszyscy wytykają go palcami, nawet sprzedawcy w sklepach nie chcą obsłużyć wierząc maksymie, iż przecież ,,dziecko nie może kłamać”. Końcowa scena utwierdza tylko w przekonaniu, że raz przyklejonej łatki nie da się tak łatwo usunąć.

Zaufanie Madsowi Mikkelsenowi powierzając mu rolę głównego bohatera to niewątpliwie strzał w dzięsiątkę, gdyż świetnie zagrał swoją postać i z pewnością znacząco wpłynął na jakość tego obrazu. Ogólnie grę aktorską można zaliczyć do pozytywnych cech dzieła Vinterberga, podobnie jak szeroko pojęty pomysł na film i przedstawienie tematu z innej perspektywy – osoby oskarżonej. Jedynym, do czego można się doczepić, jest zakończenie, które pozostawia niemały niedosyt. Myślę, iż dramat duńskiego reżysera odcisnął na mnie niemałe piętno, pokazując, jak to człowiek staje się ofiarą swojego dobra. Film ten, oryginalnie traktujący kontrowersyjny temat pedofilii dostarczył mi bardzo mocnych emocji, oglądając go w pewnych chwilach czułam się bezsilna i pełna gniewu, że nie mogę uczestniczyć w rozgrywanej na ekranie akcji, nie mogę tam wejść i potrząsnąć mocno dziewczynką aby ta wreszcie wyznała prawdę. Gorąco polecam ten film gdyż prezentuje on kawał dobrego, europejskiego kina.

Annabelle

Wróciłam do domu wyczerpana; za oknem ni to zima, ni wiosna – czyli pogoda stwarzająca idealne warunki do wydzielania melatoniny, hormonu snu. Po przeszło 2-godzinnej drzemce, o ósmej wieczór i mając wszelkie predyspozycje, by spędzić go sama, zamknięta w pokoju, z kubkiem ciepłej herbaty, zaczęłam rozmyślać nad wynalezieniem filmu, który, kontrastując do wątpliwej zimy za oknem, zmrozi mnie do szpiku kości. Surfując po internecie w poszukiwaniu mocnych wrażeń natrafiłam na film twórcy ,,Obecności” i „Naznaczonego” – „Annabell”.

Po obejrzeniu obu zwiastunów tegoż filmu, utwierdziłam się dobitnie w przekonaniu, iż jest on tym, czego szukałam. Materiały promocyjne tworu reżysera Johna Leonettiego zdecydowanie do mnie przemówiły, skłaniając do pochylenia się nad tym dziełem. Przejdźmy zatem do samego filmu.

Lata 60-te XX wieku. Młode małżeństwo Gordonów wiedzie beztroskie, harmonijne życie. Mia- kobieta spodziewająca się dziecka dostaje w prezencie od męża porcelanową lalkę, która trafia do jej kolekcji. Nowy nabytek nie różni się niczym od pozostałych lalek. Zmienia się to podczas nocy, kiedy to mieszkająca w sąsiedztwie czcicielka szatana młoda Annabelle usiłuje zamordować małżeństwo, jednak kończy się to tragiczną śmiercią jej samej. Wydarzenia tej nocy dają początek dziwnym paranormalnym zjawiskom, które mają miejsce w domu Gordonów. Małżonkowie daremnie szukają rozwiązania problemów w zmianie miejsca zamieszkania. Nie są świadomi, że to dopiero początek problemów wywołanych przez ducha zmarłej Annabelle, który upodobał sobie lalkę jako narzędzie do dokonania swoich straszliwych zamiarów.

Horrory z użyciem rekwizytów w postaci porcelanowych lalek o przenikliwym spojrzeniu czy też innych, mrocznych zabawek potrafią skutecznie wywołać lęk i podniesienie poziomu adrenaliny. Sukces tego horroru można przypisywać bardzo dobrej obsadzie aktorskiej, wystrojowi wnętrz, który perfekcyjnie oddaje klimat lat 60-tych a także nietuzinkowej ścieżce dźwiękowej, która bez wątpienia buduje napięcie, pozostawia widza w stanie ciągłej niepewności i przyprawia o dreszcze.
Z drugiej jednak strony scenariusz wydaje się trochę „oklepany”; paranormalne zjawiska, opętany przedmiot, ksiądz i oczywiście w tym wszystkim młode, dotychczas szczęśliwe małżeństwo. Jednakże w tych czasach naprawdę bardzo ciężko wymyślić cokolwiek nowego – wszystko prawdopodobnie zostało już powiedziane, zasłyszane, czy choćby pomyślane.

Podsumowując: film jest naprawdę dobry, ale dostaje stopień nieco niższy niż jego starsi bracia „Naznaczony” czy „Obecność”. Mimo to, uważam, że film jest godny polecenia. Dostarcza dreszczyku emocji. Doskonały na wieczorne seanse przy zgaszonym świetle z przyjaciółmi.

Facet (nie)potrzebny od zaraz

Najkrótszy przekaz na temat tej produkcji to po prostu omijaj ten film z daleka. Tym razem nie pokuszę się o jakiekolwiek streszczenie filmu. Wybraliśmy się z żoną, aby zabić czas czekając na syna i … już po 10 minutach wiedziałem, że pieniądze wydane na bilety to fundusze stracone. Co ciekawe do wyboru mieliśmy jeszcze Jack Strong’a. Co nas podkusiło – nie mam pojęcia. Fabuła mizerna, dowcip nietrafiony, – jeśli już jakikolwiek istnieje. Film w zasadzie od początkowych napisów jest przewidywalny. Nie pomogła nawet obecność młodego Stuhr’a ani Mozila ( swoją drogą ten Pan niech lepiej pozostanie przy śpiewaniu – tragiczna gra aktorska…). W tym przypadku po raz kolejny sprawdziła się moja teoria ze perfekcyjnie zrobiony trailer potrafi skutecznie zmylić widza, co do zawartości filmowej produkcji. Nie polecam to za mało powiedziane. Zdecydowanie odradzam… Idąc na ten film będziecie się nudzić. Z braku czasu ten tekst powstaje nieco później, ale czułem się w obowiązku, aby przestrzec ewentualnych widzów przed stratą tych kilkudziesięciu złotych na bilet.

Pod Mocnym Aniołem

Po niewątpliwym sukcesie komercyjnym obrazu „Drogówka”, Wojciech Smarzowski postanowił pójść za ciosem i przedstawił nam dramat bezsilności walki ludzi z nałogiem w którym realizm choroby niemal zabija z ekranu.  Jak sam reżyser mówi o tej produkcji – „Pod Mocnym Aniołem” można podzielić na trzy części. Pierwsza część śmieszy – bo kto z nas nie śmiał się kiedyś z osób spożywających alkohol.

Kolejna stopniowo zmusza do refleksji pokazując jak świat realny wymyka się z rąk bohaterom filmu oraz jak łatwo przekroczyć granicę nałogu. Trzecia cześć to już kilkanaście minut dla widzów o mocnych nerwach. Upodlenie głównego bohatera którego oglądamy w dramatycznych sytuacjach fizjologicznych sięga zenitu.

W filmie nie uświadczymy pościgów samochodowych i strzelanin ale na brak akcji i napięcia nie można narzekać. Jak już wspomniałem początek rozpręża nieco aby po chwili widz, z każdą kolejną sceną odczytywał sygnały z wszystkich swoich naskórnych receptorów.

Co do gry samego Więckiewicza to nie będę do końca obiektywny bo prywatnie mnie nie zachwyca. Jednakże w tym przypadku trzeba oddać mu honor  bo na planie „Pod Mocnym Aniołem”  pokazuje klasę i potęgę swojego warsztatu aktorskiego. Moim zdaniem na uwagę zasługuje praca kamer. Ujęcia z „przed nosa” głównego bohatera w kontekście całej akcji stwarzają tak niepowtarzalny klimat niektórych scen że widz ma momentami wrażenie iż sam jest pod wpływem upojenia alkoholowego. Takie ujęcia nadają oczywiście poziom dramaturgii całemu widowisku.

Podsumowując – gorąco polecam. Film po którego obejrzeniu w kinie nikt nie powinien czuć się zawiedziony.

Millerowie

Jeśli masz ochotę na 110 minut znakomitej zabawy to gorąco polecam ten film. Człowiek oglądając komedie Millerowie zupełnie wyłącza się z otaczającego świata. Nie ukrywam że na ten tytuł natknąłem się przypadkiem. Po obejrzeniu tandetnego horroru usiłowałem sobie poprawić nastrój. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę.
David – przeciętny dealer narkotyków przez przypadek wdaje się w awanturę w wyniku której traci pieniądze za towar. Jego szef daruje mu życie jeśli zgodzi się na niebezpieczną misję przewiezienia dużej ilości narkotyków z Meksyku. David – wpada na niekonwencjonalny pomysł i dla lepszego kamuflażu montuje sobie ekipę która w drodze przez granice będzie udawała kochającą się rodziną. Ekipę tworzy jego sąsiadka – spłukana striptizerka, sąsiad – prawiczek i wyszczekana bezdomna. W czasie drogi w wyniku licznych perypetii pseudo rodzina zaczyna się do siebie co raz mocniej zbliżać. Co z tego wyniknie? Naprawdę warto obejrzeć.
Znakomita obsada. W roli striptizerki Jennifer Aniston, którajak zwykle w sposób subtelny kokietuje widza swoimi wdziękami będąc przy tym przezabawna. Znakomite uzupełnienie stanowi dla niej Jason Sudeikis ekranowy David.
Jutro dodam krótkie opisy kilku filmów z pod znaku – LEPIEJ OMIJAJ Z DALEKA. Są to tytuły które skusiły mnie bardzo dobrymi trailerami a po ich obejrzeniu czułem tylko niedosyt i rozczarowanie.

Kraina Lodu

Dziś w ramach prezentu z okazji Mikołaja zabraliśmy naszych chłopców na seans do kina. Początkowo wybór padł na Ratujmy Mikołaja ale dzieciaki wyperswadowały nam ten pomysł i wylądowaliśmy na Lubelskiej premierze filmie Kraina lodu. Rozczarowania nie było. Kapitalna rozrywka dla całej rodziny. Jennifer Lee (scenarzystka, Ralph Demolka – moim zdaniem najbardziej udanego filmu dla dzieci ostatnich lat) stanęła na wysokości zadania serwując nam nietuzinkową fabułę – zaskakującą zwrotami akcji i i zakrapianą bardzo trafnym humorem.

Filmu opisywał nie będę – nie chcąc psuć niespodzianki. Ogląda się go bardzo przyjemnie . Film trzyma w napięciu ale również momentami bawi do łez. Rodzice ze skłonnościami do rozklejania emocjonalnego również nie będą zawiedzeni. Jako minus mogę jedynie podać zbyt częste – moim zdaniem- występujące piosenki w trakcie filmu. To sprawia wrażenie – przynajmniej na początku zanim rozkręci się akcja – że oglądamy musical dla dzieci…

Na zakończenie dodam że dubbing Czesława Mozila który wciela się w postać magicznie ożywionego bałwana Olafa to po prostu kreacja porównywalna do Sida z Epoki Lodowcowej (Cezary Pazura). Gorąco polecam, zarówno dzieci jak i rodzice nie będą się nudzić na tym filmie.