Love, Rosie

Przy krótkiej pogawędce w szkole, dziewczyny poleciły mi film pod tytułem „Love, Rosie”. Nie czekając długo, po ciężkim dniu w szkole zdecydowałam się zobaczyć co kryje się za samymi superlatywami, które usłyszałam z ust znajomych.

Ich opinie mnie nie zawiodły! Jest to filmowa wersja książki Cecelii Ahern, o tym samym tytule, która jednak początkowo nosiła nazwę „Na końcu tęczy”
Rosie i Alex to przyjaciele od kołyski. Spędzają ze sobą wiele czasu i wiedzą o sobie wszystko. Są wiernymi kompanami na dobre i złe, początkowo jeszcze nie świadomi gorącej miłości, która kiełkuje w ich nastoletnich sercach. Mają plany na przyszłość, które pozwolą im utrzymać swoje więzi nawet w dorosłym życiu. Niestety nieszczęsny los krzyżuje plany tych dwojga, kiedy to Rosie jest zmuszona pozostać w domowym gnieździe podczas gdy jej bratnia dusza rozwija swoje skrzydła w Bostonie. To dopiero początek niewiarygodnych przygód tych dwojga. Wokół nich dzieje się mnóstwo rzeczy, które raz dzielą a raz zbliżają ich do siebie.
Uważam, że film jest doskonałym wyborem dla osób wrażliwych z wysoką empatią. Bardzo ciekawym aspektem jest to, ze obserwujemy zdarzenia z kilku przestrzeni czasowych. Film porusza nie tylko problem miłosny, ale także nawiązuje do życiowych wyborów oraz trudności, które towarzyszą nam od wczesnych lat życia.

Dzieło jest fantastyczną lekcją życia, która obrazuje nam to, że mimo wszystko zawsze możemy odnaleźć swoje szczęście i cieszyć się nim bez względu na to w jak beznadziejnym położeniu obecnie się znajdujemy i w jakim stopniu sięgnęliśmy dna. Jeśli masz gorszy dzień i towarzyszy Ci tak zwany „dół” zaproś do siebie Rosie i Alexa. Opowiedzą Ci swoją historię a wtedy odzyskasz nadzieję na czekające na Ciebie szczęście.

Strasznie głośno, niesamowicie bliskof

„Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, to film, którego jeszcze nie można obejrzeć w polskim kinie, ale w sieci jest już dostępny. Oczywiście polecamy tylko dozwolone strony :)

Obraz skupia się na młodym Oscarze Schellu, który w wyniku zamachu we wrześniu 2001 r. na WTC traci swojego ojca (tu Tom Hanks). Chłopiec nie radzi sobie z nagłym pożegnaniem z tatą i pogrąża się w żałobie. Trafić do niego nie potrafi również jego matka (w tej roli Sandra Bullock).

Oscar, który przed zamachem spędzał mnóstwo czasu ze swoim ojcem, bawiąc się z nim oraz rozwiązując różne zagadki, jest przekonany, że ten zostawił mu jakąś misję do rozwiązania. Ponadto w starym wazonie rodziców znajduje klucz i za cel stawia sobie odnalezienie przedmiotu, który klucz będzie otwierał.Jest pewien, że w ten sposób nie straci kontaktu ze zmarłym.

Aby rozwikłać tę tajemnicę chłopiec będzie musiał pokonać wiele trudności, udać się do wielu dziwnych miejsc oraz poznać bardzo różnych ludzi. W pewnym momencie do jego poszukiwań włącza się nieznajomy niemowa, który będąc obcym człowiekiem, postanawia pomóc chłopcu w poszukiwaniach.

Film jest odrobinę utopijny. Scenarzysta Eric Roth (znany m. in. ze scenariusza do „Forresta Gumpa” czy „Monachium”) uznał bowiem, że po każdym odczuciu cierpienia czy żalu jaki nas spotyka, zawsze odnajdziemy ukojenie czy pocieszenie. Jest to jedynie kwestią upływającego czasu.

Nie ulega jednak wątpliwości, że dzieło to nie jest kolejnym filmem o ataku z 11 września. Cała akcja oczywiście krąży wokół tego tematu, ale zdecydowanie nie jest on dominujący. Głównym i pięknie pokazanym wątkiem jest relacja syn – ojciec i próba utrzymania jej po śmierci ojca. W tej właśnie kwestii, główny bohater grający Oscara (Thomas Horn), ma niesamowicie duży ciężar do uniesienia. Trzeba jednak przyznać, że jak na tak młodego chłopca, dźwignął tę rolę nie tylko warsztatem aktorskim, ale również emocjonalnie.

Na dużą uwagę zasługuje bez wątpienia postać tajemniczego niemowy czyli Maxa von Sydowa. Aktor nie wypowiada w obrazie ani jednego słowa, a jednak udaje mu się zbudować napięcie i budzi ciekawość kim, w filmie, ten człowiek jest. Ponadto, mimo braku tekstu mówionego, potrafi wzbudzić w nas łzy czy współczucie przy użyciu jedynie mimiki i gestów.

Sama historia zmusza do refleksji i dotyka tak wielu wątków, że każdy odnajdzie w którymś odrobinę siebie. Sama historia zmusza do refleksji. Warto obejrzeć film, który tak silnie traktuje o ludziach i ich przeżyciach. Polecam!

Przetrwanie

Lada chwila na ekrany polskich kin wejdzie film „Przetrwanie”. Jako, że od dawna pałam nieskrywanym zachwytem do Liama Neesona, to nie czekałam z obejrzeniem filmu.

Liam Neeson wciela się w rolę Ottway’a, zgorzkniałego myśliwego, któremu już nie zależy na życiu. Większość czasu spędza na Alasce, gdzie chroni pracowników przed dzikimi zwierzętami. W czasie powrotu, samolot, którym leciał Ottway oraz inni pracownicy, rozbija się. Wypadek przeżyło jedynie 8 mężczyzn. Razem próbują oni stworzyć miejsce do spania, które chroniłoby ich przed śniegiem i mrozem. Spokojnie – nie będzie to film typu „Alive” i problemach czy jeść kolegę czy też nie…

Niespodziewanie jednak zostają zaatakowani przez wilki, których legowisko musi znajdować się w pobliżu miejsca katastrofy. O świcie mężczyźni postanawiają opuścić wrak samolotu i udać się w stronę lasu w poszukiwaniu schronienia. Stado wilków nie zniechęca się jednak i podąża ich tropem.

Film obejrzałam tylko ze względu na Liama Neesona. Spodziewałam się akcji i napięcia na miarę „Uprowadzonej” czy „Tożsamości”. Nie zawiodłam się. Aktor, który ma już swoje lata perfekcyjnie dobiera swoje role. Nie gra wymuskanego maczo czy przerośniętego kulturysty. Jego role nie są komiczne.

Podobnie w tym przypadku, Ottway jest zimny i małomówny. Tworzy się wokół niego tajemnica. Taki właśnie był chyba zamiar twórców i udało się idealnie.

Sam pomysł na film początkowo wydawał mi się mało ciekawy. Wilki…. no tak. Z czasem jednak przekonałam się, że nie będzie scen irracjonalnych, gdzie człowiek gołymi rękoma napada na dzikie zwierzę i wygrywa walkę. Do starć dochodzi, ale nie są pokazane w przesadzony sposób.

Z fragmentami napięcia ciekawie przeplatają się retrospektywy głównego bohatera, choć dość wąsko zobrazowane, dodają delikatności. Również wiersz, który Neeson co rusz powtarza, ukazuje złożoność bohatera oraz bitwę emocji, jakie w nim siedzą.

Spodziewałam się czegoś słabszego, ale miło się rozczarowałam. Film nie jest przesadzony i to chyba jedna z jego największych zalet (oczywiście poza rolą Neesona). Warto obejrzeć.

Kupiliśmy zoo

„Kupiliśmy zoo” to nowa propozycja komediowa od Amerykanów. Znana obsada ma za zadanie przyciągnąć tłumy do kin. I twórcom filmu chyba się to udaje.

Film opowiada o mężczyźnie, któremu niedawno umarła żona. Zajmuje się wychowywaniem dwójki dzieci, którym stara się zaoszczędzić jak najwięcej zmartwień. Niestety nie wychodzi mu to najlepiej. O ile z córką nie ma problemów, o tyle starszy potomek wykazuje silne oznaki buntu i ogólnego niezadowolenia.

Benjamin postanawia wyrwać dzieci z letargu i kupuje zoo. Ma nadzieję, że towarzystwo zwierząt pomoże im się uporać ze stratą matki. W zoo inwestuje wszystkie swoje oszczędności. Całym sercem stara się uruchomić zoo na nowo. Oczywiście pomaga mu w tym przepiękna Scarlett Johansson.

„Kupiliśmy zoo”, to wzruszająca i ciepła komedia. Matt Damon świetnie wypadł w roli ojca, który stara się pomóc swoim dzieciom uporać się ze stratą matki. Chyba jest to dla niego nowy rodzaj roli i sprawdza się w niej świetnie. Ciężko byłoby zgadnąć, że jeszcze niedawno był zabójczą machiną szerzej znaną jako Bourne.

Dodatkowym atutem zdecydowanie jest rola córki Matta Damona. Mała Rosie Mee kradnie dla siebie każdą chwilę, w której pojawia się na ekranie. Jest po prostu urocza.

Sam pomysł nie jest może zbyt oryginalny. W końcu niejednokrotnie mogliśmy obejrzeć opowieść o mieszczuchu, który na skutek traumatycznych wydarzeń przenosi się na zadupie.Nie jest to jednak ujma dla tej produkcji.

Po obejrzeniu miałam miłe i pozytywne odczucia. Przyjemne oderwanie od szarej rzeczywistości. Świetne zdjęcia. W sam raz na wieczór :)

Wszystkie odloty Cheyenne’a

Najnowszy obraz Seana Penna to świetny, pełen humoru, na wysokim poziomie film. Jest to typowe kino drogi, choć typowe to być może nie jest doskonałe słowo, jeśli chodzi o ten film.

Tytułowy Cheyenne jest dawną gwiazdą rocka, która boryka się z problemami przeszłości. Wiedzie nudne życie bogatego człowieka, który od niczego nie oczekuje od siebie i innych. Każdy dzień jest taki sam, monotonia wkradła się w jego codzienność. Wszystko się jednak zmienia, gdy umiera jego ojciec, niewidziany przez niego od kilkudziesięciu lat. Pod pretekstem zemsty na prześladowcy swojego taty z Auschwitz, wyrusza w podróż. W czasie drogi Cheyenne spotyka wielu ludzi, którzy mimo jego niezwykłości pomagają mu w poszukiwaniu zbrodniarza wojennego. Nie jest to jednak sednem fabuły.

Jak już wcześniej wspomniano obraz ten to typowe kino drogi. Możemy zatem się spodziewać, że główny bohater będzie przejeżdżał przez piękne widoki Stanów, spał w typowych, przydrożnych motelach, a wieczorem wypijał typowego whiskacza.

Bez wątpienia całości obrazu dopełnia wybitna rolna Seana Penna. Dzięki niemu sam Cheyenne nie jest śmieszny, jak się może początkowo zdawać. Postać jest pełna sarkazmu i ironii, ale też przerysowana, co sprawia, że główny bohater jest niesamowicie wyrazisty.

Z pewnością film ten odbiega od tego, co ostatnio mamy okazję w kinach oglądać. Zachwycił nie tylko widzów, ale również krytyków. Kino pełne dystansu, świetnego humoru, w tym również pieprznych dialogów, z ciekawym scenariuszem i rewelacyjną grą aktorską, to świetny sposób na wieczór. Jeśli ktoś nie miał okazji jeszcze zobaczyć, to bardzo polecam.

Ostatnia miłość na Ziemi

Dziś film, który dopiero w najbliższy piątek będzie miał swoją premierę w naszych kinach. „Ostatnia miłość na Ziemi” czyli tytuł polski, który nijak ma się do oryginału –  „Perfect Sense”.

Główną rolę w filmie gra boski Ewan McGregor. Wciela się on w postać Michaela, kucharza, który jest lekkoduchem i nie pragnie stabilizacji. W pewnym momencie na świecie ludzie zaczynają się dziwnie zachowywać. Najpierw ogarnia ich niesamowity smutek, a następnie tracą zmysł węchu. Mniej więcej w takiej chwili Michael poznaje Susan (Eva Green). Ta dwójka, która dopiero co się poznała, przechodzi ze sobą najsmutniejsze w ich życiach chwile, po czym traci węch. Zażenowani tą sytuacją rozstają się, by krótko później znów się spotkać.

Susan jako epidemiolog zdaje sobie sprawę, że ta przypadłość jest niebezpieczna i nie wiadomo, co ze sobą przyniesie. Po pewnym czasie choroba powoduje utratę zmysłu smaku oraz słuchu. Ludzie próbują przystosować się do tej sytuacji, a Susan i Michael bez względu na to co dzieje się wokół, zakochują się w sobie. Ostatnia scena filmu jest po prostu oszałamiająca i choćby dla niej warto obejrzeć całość!!!

Tytuł mnie zmylił całkowicie. Spodziewałam się ckliwej opowiastki o miłości, a nie dostałam tego. W zamian obejrzałam obraz wciągający i intrygujący, gdzie akcja dzieje się szybko i po chwili trudno się oderwać od oglądania. Nie ma tu efektów specjalnych, ani też wielkich funduszy, ale nie jest to potrzebne. Kompozycja, tempo i zdjęcia do filmu są boskie. Nawet jeśli są jakieś niedociągnięcia, to dwójka głównych aktorów nadrabia wszystko.

O Ewanie niewiele można powiedzieć złego. Jest po prostu fenomenalny. Nawet kiedy wybiera role niskobudżetowe, to nie są to role niskich lotów. Jego gra aktorska jest świetna, wydaje się, że z roku na rok jest coraz lepszy. Nadaje się niemal do każdej roli. W tej wypadł rewelacyjnie.

Partnerka Ewana czyli Eva Green moim zdaniem również sprawdziła się w tej roli. Zazwyczaj obsadzana raczej w rolach drugoplanowych (jak w Królestwie niebieskim czy Marzycielach) tutaj mogła pokazać swoje zdolności. Wprost idealnie wpasowała się w rolę Susan, lekko sceptycznej i ostrożnej Pani doktor. Miała zachowywać się z rezerwą i taka była, miała bać się miłości i to można było odnaleźć w jej grze aktorskiej.

Całości dopełnia muzyka stworzona przez Maxa Richtera.

Już długi czas żaden obraz nie wzbudził we mnie tylu emocji i rozmyślań już po seansie. Dlatego też film jak najbardziej polecam. Warto obejrzeć :)

Bóg zemsty

Niedawno w kinach pojawił się kolejny film z Nicholasem Cagem. Spora reklama, wiele billboardów zachęcających do obejrzenia obrazu. Tych, którzy widzieli „Uprowadzoną” film miał zwalić z nóg…A zatem krótko o treści.

Główny bohater Will (tu właśnie Nicholas Cage) jest szczęśliwym małżonkiem. Z zawodu jest nauczycielem. Wiedzie sobie zwykłe życie szarego człowieczka i nikomu nie wadzi. Pewnej nocy sielanka zostaje zakłócona a jego żona zostaje brutalnie zgwałcona. Do Willa zgłaszają się wtedy osoby, które oferują możliwość zemsty na gwałcicielu. Will oczywiście się zgadza i przestępca ginie. Krótko po tym zdarzeniu okazuje się jednak, że przysługa, która została mu wyświadczona, musi zostać szybko spłacona. Will ma za zadanie zabić pedofila. Czy mu się uda i jakie będą dalsze wydarzenia nie opiszę, aby nie psuć nikomu zabawy.

Muszę powrócić do tych reklam, które tak usilnie obiecywały dobre kino akcji trzymające w napięciu. Do „Uprowadzonej” film się nie umywa. O ile tam Liam Neeson trzymał nas w szachu i sterował emocjami, tu tego zdecydowanie zabrakło. Film jest miałki, nudny, jakby nieprzemyślany do końca. Niemal zasnęłam podczas oglądania, a przecież to thiller miał być…

Kolejna smutna kwestia, to niestety dobór ról Nicholasa Cage’a. Ja rozumiem, człowiek musi zarabiać, ale na litość boską dlaczego w taki sposób? Aktor ze świetnymi predyspozycjami, jeden z lepszych jakich Hollywood posiada w swoich szeregach, po raz kolejny wplątał się w beznadziejny film. Myślałam, że „Polowanie na czarownice” w jego wykonaniu, to nieporozumienie, ale z tego co widzę niestety Cage podąża tym niechlubnym szlakiem. Jego rola ani nie jest ciekawa, ani intrygująca. Nie jest nawet irytująca. Odniosłam wrażenie, że Cage nie stara się nawet żeby postać była „jakaś”.

Jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć Cage’a w swoich najlepszych rolach to polecam „Zostawić Las Vegas”, „Pan życia i śmierci”, „Zły porucznik” czy choćby „Miasto Aniołów”.

Tego filmu dla miłośników gatunku nie polecam. Jedynie poczucie nudy i rozczarowania może towarzyszyć oglądaniu tego „dzieła”.

Big Love

Dziś o polskim filmie. Przyciągnął moją uwagę głównie za sprawą kiepskich recenzji, miażdżących komentarzy oraz opinii, że film jest niemal pornograficzny. No cóż…..

Historia, jak się zapewne trudno po tytule domyśleć, opowiada o wielkiej miłości. Emilka ma 15 lat i jest jeszcze niewyrośniętym szczenięciem. Poznaje Maćka, starszego o kilka lat i zakochuje się. Para staje się nierozłączna, niezwykle sobą zafascynowana. Sielanka trwa dobrych kilka lat, podczas których młoda Emilka jest uległa i posłuszna Maćkowi. Początki jej buntu mają miejsce kiedy zaczyna śpiewać w zespole. Wtedy staje się dużo bardziej świadoma i pewna siebie. Jak historia się kończy oczywiście nie powiem.

Film zdecydowanie pornograficzny nie jest. Sceny łóżkowe są i to dość często, jak na polskie kino. Pokusiłabym się nawet o to, że sceny te są odrobinę za często. Główni bohaterowie przez pierwszą część filmu nie robią w zasadzie nic innego. Ale czy to jest wystarczający powód, żeby kręcić o tym film ?

Kolejna niepokojąca kwestia, to dialogi. Nawet nie wiem jak to skomentować, żeby wyrazić się trafnie. Tragedia to chyba najidealniejsze słowo. Uważam jednak, że Antoni Pawlicki był bardziej wyrazisty od swojej filmowej partnerki, bardziej autentyczny. Aleksandra Hamkało dużo bardziej podobała mi się w teledysku Behemotha, ale może dlatego, że tam …. nie mówiła ;)

Dziwne, nie wiem czy zamierzone, jest wprowadzanie wątków, które za chwilę się kończą lub nie, bez żadnego wyjaśnienia. Nie wiem jaki to miało mieć cel, ale trochę nie trzyma się to kupy.

Za pozytyw można uznać pewne zaskakujące momenty filmu, powiedziałabym, że nawet schizowe. Powodują zdziwienie i zdecydowanie ratują film przed totalną klęską.

Pomijając jednak fatalne dialogi i wątki nierozwijane, film da się obejrzeć. Nie da się jednak znieść reżyserki i scenarzystki filmu, która nieudolnie próbuje bronić swojego „dzieła”. W wolnej chwili po obejrzeniu już filmu, proponuję obejrzenie sobie jej konfrontacji z autorem niepochlebnej recenzji o filmie w serwisie filmweb. Autorka zamiast się obronić po prostu się ośmiesza, przez co film kojarzy się jeszcze gorzej.

Spadkobiercy

„Spadkobiercy” to kolejna nasza oscarowa propozycja. Głównym bohaterem jest George Clooney. Wciela się w rolę wpływowego prawnika z Hawajów, który na brak pieniędzy nie narzeka. W rękach jego i jego rodziny znajduje się ogrom ziemi, która na Hawajach dla inwestorów jest bardzo interesującym miejscem.

Matt nie może narzekać na brak pieniędzy. W życiu prywatnym również mu się poszczęściło. Ma żonę i dwie dorastające córki.

Żona Matta ulega jednak wypadkowi. Wtedy też kurtyna opada i Matt dowiaduje się o coraz to nowych szczegółach z życia swojej rodziny. Jest zdruzgotany, gdy dowiaduje się, że żona go zdradza, a czarę goryczy zapełniają córki, które są mu niemal całkiem obce. Aby zaznać spokoju wewnętrznego Matt razem z córkami i kolegą postanawia wyruszyć na krótkie wakacje w poszukiwaniu prawdy.

Nie ulega wątpliwości, że rozterki Matta związane ze sprzedażą ziemi są odzwierciedleniem jego prywatnego życia. Nagle bowiem główny bohater musi poradzić sobie ze wszystkim sam. Główny bohater cały film paraduje w lekko przetłuszczonych włosach, krótkich spodenkach i wygiętej koszuli. W tej roli George Clooney zaskakuje. Przyzwyczaił nas bowiem do ról, w których gra amanta, polityka z dokładnie przystrzyżoną fryzurką. Trzeba jednak przyznać, że George broni się i tym razem.

Uroczym dodatkiem wydaje się być Nick Krause, który gra kolegę córki. Początkowo budzi tak ambiwalentne uczucia, że naprawdę nie wiedziałam, czy rola idioty jest zamierzona czy może przypadkowa. Z czasem jednak swoją niewyparzoną jadaczką, ale dobrym serduchem zjednuje sobie widownię.

„Spadkobiercy” to zdecydowanie nie jest film z wymyślnymi efektami specjalnymi czy wysokim budżetem. Reżyser nie próbuje nas „ukraść” pięknym wyglądem aktorów czy cudnymi widokami. Jest prosto, ale jest dobrze. Śmiało można obejrzeć!

Dziennik zakrapiany rumem

„Dziennik zakrapiany rumem” to oparty na książce Huntera S. Thompsona film. W roli głównej występuje tutaj zawsze rewelacyjny Johnny Deep. Wciela się on w rolę Kempa, dziennikarza, który z początkami alkoholizmu postanawia przybyć do Puerto Rico. Tam, po nieudanych próbach pisania własnych książek, decyduje się rozpocząć karierę dziennikarską.

Swój wolny czas natomiast spędza na piciu rumu i wszelkich innych dostępnych alkoholi. W międzyczasie poznaje wpływowego biznesmena, który oferuje mu dobrze płatną fuchę. Poznaje również jego przepiękną narzeczoną Chanault, dla której niemal natychmiast traci głowę. Te znajomości są początkiem wielu ciekawych wydarzeń głównego bohatera.

Film znakomity na wieczór. Idealnie nada się jako dodatek do wieczoru we dwoje. Johny Deep gra doskonale rolę Kempa. Nie jest to jednak jego przełomowa rola. W swojej bogatej karierze ma na koncie wybitniejsze produkcje.

Dodatkowym atutem są dwie niezwykle barwne postacie przyjaciół Kempa – Michael Rispoli i Giovanni Ribisi. Zwłaszcza ten drugi w roli neonazisty i nieustającego chlejusa sprawdza się doskonale. Ich trójka tworzy naprawdę wybuchową mieszankę, dzięki czemu film bogaty jest w komiczne fragmenty. Dla panów znajdzie się również obiekt do zawieszenia oka. Grająca rolę Chanault (w tej roli Amber Heard) została okrzyknięta nową seksbombą. Zdecydowanie można na nią patrzeć, ale grą aktorską nie zachwyca. Reżyser obsadził ją w roli z nadmiarem przeciągłych spojrzeń i naciskiem na eksponowanie ciała.

Film oddaje świetnie klimat lat 60-tych. I choć ogląda się go przyjemnie zabrakło mi trochę więcej pikanterii. Spodziewałam się rollercoastera, dostałam podstarzałą kolejkę górską. Jedzie się dobrze, ale adrenaliny brak ;)