Ostatnia miłość na Ziemi

Dziś film, który dopiero w najbliższy piątek będzie miał swoją premierę w naszych kinach. „Ostatnia miłość na Ziemi” czyli tytuł polski, który nijak ma się do oryginału –  „Perfect Sense”.

Główną rolę w filmie gra boski Ewan McGregor. Wciela się on w postać Michaela, kucharza, który jest lekkoduchem i nie pragnie stabilizacji. W pewnym momencie na świecie ludzie zaczynają się dziwnie zachowywać. Najpierw ogarnia ich niesamowity smutek, a następnie tracą zmysł węchu. Mniej więcej w takiej chwili Michael poznaje Susan (Eva Green). Ta dwójka, która dopiero co się poznała, przechodzi ze sobą najsmutniejsze w ich życiach chwile, po czym traci węch. Zażenowani tą sytuacją rozstają się, by krótko później znów się spotkać.

Susan jako epidemiolog zdaje sobie sprawę, że ta przypadłość jest niebezpieczna i nie wiadomo, co ze sobą przyniesie. Po pewnym czasie choroba powoduje utratę zmysłu smaku oraz słuchu. Ludzie próbują przystosować się do tej sytuacji, a Susan i Michael bez względu na to co dzieje się wokół, zakochują się w sobie. Ostatnia scena filmu jest po prostu oszałamiająca i choćby dla niej warto obejrzeć całość!!!

Tytuł mnie zmylił całkowicie. Spodziewałam się ckliwej opowiastki o miłości, a nie dostałam tego. W zamian obejrzałam obraz wciągający i intrygujący, gdzie akcja dzieje się szybko i po chwili trudno się oderwać od oglądania. Nie ma tu efektów specjalnych, ani też wielkich funduszy, ale nie jest to potrzebne. Kompozycja, tempo i zdjęcia do filmu są boskie. Nawet jeśli są jakieś niedociągnięcia, to dwójka głównych aktorów nadrabia wszystko.

O Ewanie niewiele można powiedzieć złego. Jest po prostu fenomenalny. Nawet kiedy wybiera role niskobudżetowe, to nie są to role niskich lotów. Jego gra aktorska jest świetna, wydaje się, że z roku na rok jest coraz lepszy. Nadaje się niemal do każdej roli. W tej wypadł rewelacyjnie.

Partnerka Ewana czyli Eva Green moim zdaniem również sprawdziła się w tej roli. Zazwyczaj obsadzana raczej w rolach drugoplanowych (jak w Królestwie niebieskim czy Marzycielach) tutaj mogła pokazać swoje zdolności. Wprost idealnie wpasowała się w rolę Susan, lekko sceptycznej i ostrożnej Pani doktor. Miała zachowywać się z rezerwą i taka była, miała bać się miłości i to można było odnaleźć w jej grze aktorskiej.

Całości dopełnia muzyka stworzona przez Maxa Richtera.

Już długi czas żaden obraz nie wzbudził we mnie tylu emocji i rozmyślań już po seansie. Dlatego też film jak najbardziej polecam. Warto obejrzeć :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *