Klopsiki kontratakują

Jesienna przerwa między sezonowa w fotografii ślubnej jak co roku zaowocowała uzupełnieniem braków w mojej prywatnej filmotece. Na tapetę poszły takie nowości jak Elizjum, Milerowie, Jeszcze większe dzieci, Noc oczyszczenia, Klopsiki kontratakują, 1000 lat po ziemi, Jack pogromca olbrzymów, jak również starsze tytuły dostępne w usłudze Multimedia – Mamo oraz Przebudzenie.

Zacznę jednak o tytułu na który wybraliśmy się z dzieciakami. Jest to kontynuacja filmu Klopsiki i inne zjawiska pogodowe który w kinach gościł u nas w 2009 roku.

Akcja pierwszej części zostaje w sposób bardzo zrozumiały wyłożona na początku filmu a akcja naszego filmu rozpoczyna się tuż tak jakby tuż po końcowych napisach.
Flint Lockwood – młody i ambitny wynalazca zostaje doceniony przez swojego idola – szefa korporacji LIVE który inspirował go w dzieciństwie. Zostaje zaangażowany do pracy w najnowocześniejszej korporacji na świecie zajmującej się jedynie kreowaniem nowych wynalazków. Przypadek sprawia że zostaje wysłany na misję odnalezienia swojego starego wynalazku – znanego widzom części pierwszej – który to podobno nie został wyłączony ale nadal zmienia wodę w żywność. Ku zaskoczeniu samego twórcy urządzenie produkuje hybrydy żywności i zwierząt tworząc na jego rodzimej wyspie specyficzną biocenozę.
Flint musi wyłączyć maszynę przedzierając się przez złowrogie tereny pełne drapieżnych stworków. W miarę jak wędrówka dobiega końca sytuacja zmienia się diametralnie. Nawet ja byłem dość zaskoczony zwrotem akcji. Sam film uczy że ideały z dzieciństwa czasem nijak się mają w zetknięciu z rzeczywistością dorosłego życia.
Znakomita zabawa dla dzieci ale i dobra rozrywka dla dorosłych. Gorąco polecam film, zwłaszcza najmłodszej widowni. Sam obraz przedstawiony na ekranie jest bardzo kolorowy. Film mimo że w większości czasu bardzo zabawny – momentami może trzymać w napięciu najmłodszą część widowni.

Wielki Stach (Big Stan)

Wczoraj miałem nieodpartą ochotę poprawić sobie humor przed snem. Przypadkiem na you tube mój wybór padł na tytuł Wielki Stach (Big Stan). Musze przyznać że tytuł ten po raz pierwszy od jakiegoś czasu zbierze ode mnie pozytywną recenzje. Na wstępie zaznaczam że tytuł nic nowego ani ambitnego do kinematografii komediowej nie wnosi. Niemniej mimo swojej pustej wymowy jest lekki i momentami bardzo zabawny. Ogląda się go bardzo przyjemnie. Tytułowy Stan (Rob Schneider) jest zatrzymany za defraudacje staje przed sądem. Jego obrońca który próbuje przekupić sędziego, jest mu jedynie w stanie wywalczyć odroczenie wyroku o 6 miesięcy. Stanley jest zdruzgotany gdyż najbardziej z więziennych bolączek boi się gwałtów. Ten strach motywuje go do działania i przypadkowo spotkany mistrz Kung Fu robi z chuderlaka typowego twardziela. Sposób w jaki już w samym więzieniu Wielki Stach wprowadza stopniowo swoje zasady jest przezabawny. Co z tego wyniknie? Zapraszam do oglądania widzów lubiących mniej ambitne kino, a także tych którzy w komediach upatrują chwilowego oderwania od rzeczywistości. 103 minuty dobrego ubawu gwarantowane.

John Carter

Kilka tygodni temu miałem okazję oglądać z moimi chłopcami niecodzienną bajkę.  Czytając uprzednio recenzję filmu – tytuł ten reklamowano jako pierwowzór światów przedstawionych w Star Wars i Avatar.  Sam trailer – mnie miłośnikowi kina s-f zapierał dech w piersiach. Z przyjemnością więc we trzech,  któregoś pięknego piątku, zasiedliśmy na naszej sypialnianej kanapie i zaczęliśmy projekcję. Film nawet dość ciekawy i od początku trzyma w napięciu. Później jest już nieco gorzej. Zaczynają się dłużyzny i dopiero ostatnie kilkanaście minut sprawia że doszczętnie odrywamy się od rzeczywistości.  Co do efektów specjalnych to są ciekawie zrobione. Niemniej żadnej przełomowości nie prezentują a już na pewno daleko im do drugiej części sagi Star Wars – „Ataku Klonów” – która od jakiegoś czasu pozostaje dla mnie pewnym wyznacznikiem tego poziomu.

Ostatnimi czasy spotkałem się z opinią że jedynie krytykuję filmy. Niestety, tym razem jest podobnie. Seans bardzo podobał się moim synom we mnie zaś pozostawiając pewien niedosyt po zakończeniu projekcji.  Spodziewał się czegoś znacznie bardziej emocjonującego. Bardzo ciężko jest napisać kilka pozytywnych słów o filmie który zupełnie mi się nie podobał a wręcz rozczarowałem się jego oglądaniem. Na uwagę jednak zasługuje ogólny klimat filmu – z drugiej strony kiedy scenarzysta ma do dyspozycji tak ciekawą książkę i na jej podstawie opracowuje film – może go już jedynie popsuć.  Warta pochwalenia jest na pewno scena walki w Białymi Małpami, ale jedna dobra scena akcji podczas całego filmu to nawet jak dla mnie miłośnika gatunku – trochę za mało…

Hostell III

Jakiś czas temu natrafiłem na portalu You tube na listę 10dziu najlepszych horrorów roku 2011. Jeden obraz przykuł moja uwagę. Jak się potem okazało było to zdecydowanie złudne wrażenie. Film totalna klapa. Nie jestem miłośnikiem gatunku ale to co miałem okazję oglądać późną nocą to najbardziej sztuczny obraz z jakim przyszło mi się zmagać w ciągu kilku ubiegłych miesięcy. Zwykle nie streszczam przebiegu akcji w swoich opisach ale tutaj po obejrzeniu 5 minut wiadomo już jak będzie wyglądała końcówka filmu. Banalna akcja, kiepska gra aktorska. Na uwagę zasługuje jedynie obsada bohaterek płci pięknej w filmie. Ładne panie dodają niewielki smaczek widowisku niemniej reżyser bestialsko je uśmierca. Generalnie zakończenie – kiedy pozytywni bohaterowie łapią w dłoń glebogryzarkę masakrując tego negatywnego pozostawia wiele do życzenia. Kilka dni temu oglądałem drugą odsłonę filmu Hostel i mimo tego że również nie trzymała w napięciu zbyt mocno – to przynajmniej nie był wyczuwalny ten tandetny klimat obecny w jej kolejnej edycji.  Zdecydowanie omijajcie ten tytuł z daleka.

Handel – Trade

Okres przerwy w sezonie to również czas intensywnego oglądania filmów. Dziś wyciągam film z 2007 roku. Nie jest to jakiś specjalny klasyk, ale kilka dni temu miałem przyjemność oglądać go na dobranoc. Obraz przedstawia problem prostytucji i handlu żywym towarem na terenie ameryki północnej. Młoda meksykanka wraz z innymi dziewczętami zostaje uprowadzona z rodzinnej miejscowości w celu sprzedaży na aukcji w stanach zjednoczonych. Na ratunek rusza jej brat którego wspiera dobry amerykański glina. Jedną z uprowadzonych kobiet które przemycane są przez granice gra Alicja Bachleda Curuś. Film dość przeciętny. Wątek handlu żywym towarem został tutaj przedstawiony jak epicka opowieść gdzie brat przemierza pół świata na ratunek swojej siostrze. Jedyny zaskakujący moment to samobójstwo polki w połowie filmu – kiedy zrezygnowana swoją sytuacją skacze w przepaść. Końcówka to typowy amerykański obraza gdzie wszystko dobrze się kończy. Osobiście nie polecam. Sam skłoniłem się do tego filmu za namową znajomej, niemniej napisy końcowe wywołały u mnie jakiś emocjonalny niedosyt. Jedyny ciekawy akcent dla warto obejrzeć obraz to kreacja polki – którą wizja łatwego zarobku skusiła do wyjazdu za granicę. Kiedy grupka porwanych kobiet przerzucana jest przez  granice Polka stara się wspierać główną bohaterkę. Niemniej mimo jej udanego debiutu w Amerykańskim kinie – sama Bachleda Curuś filmu nie uratuje…

Project X

Marzec to dość jałowy okres w mojej branży który zamierzałem wykorzystać na uzupełnienie zawartości moich tematycznych blogów. Rozpoczynam od recenzji filmowej z uwagi na to iż wczoraj wreszcie znalazłem chwilkę czasu na obejrzenie pozycji która od dawna czekała na swoją wieczorną kolejkę ale z uwagi na brak czasu w poczekalni spędziła przeszło 3 miesiące. Mowa tutaj o Project X. Temat banalny – rodzice wyjeżdżając a młodociani amerykanie organizują urodzinowe super party. Sposób przedstawienia tego tematu – niebanalny i godny polecenia. Całe zdarzenie obserwujemy z perspektywy kolegi który w ramach prezentu filmuje zarówno przygotowania do imprezy jak i jej burzliwy przebieg. Balanga której lista gości ma zamknąć się w góra 30 osobach szybko wymyka się organizatorom spod kontroli. Ten fakt był oczywiście do przewidzenia dla potencjalnego widza ale rozmiar tej wpadki przerósł nawet mnie. Koniec filmu to dosłownie katastrofa i jedynie wątek miłosny ostudza nam zakończenie projekcji. Mimo wszystko kapitalne ujęcia kamery pokazują jeszcze bardziej imprezowy charakter tego przyjęcia. Wspaniała ścieżka dźwiękowa , która – nie ukrywam zachęciła mnie do oglądania Project X – przenosi nas podświadomie w klimat imprezy i sprawia że jesteśmy jakby jej częścią.

Często można się pośmiać mimo iż momentami to dość kontrowersyjny dowcip – w szczególności utkwiła mi w pamięci scena naćpanego psa który robi sobie dobrze dosłownie o wszystko co napotka na swojej drodze…  Gorąco polecam.

Zaginiona

„Zaginiona” to historia młodej dziewczyny o imieniu Jill (tu bardzo popularna ostatnimi czasy Amanda Seyfried). Jill utrzymuje, że kiedyś została porwana z własnego domu i uwięziona w jaskini. Udało jej się jednak uciec. Jej historii nie wierzy jednak policja. Dziewczyna postanawia prowadzić swoje własne śledztwo. Wierzy bowiem, że uda jej się znaleźć jaskinię, a w niej ukryte szczątki innych, porwanych dziewczyn.

Pewnego poranka po powrocie z pracy zauważa zniknięcie siostry. Dziewczyna boi się, że to z powodu jej porwania siostra trafia w niewłaściwe ręce. Policja nie wierzy, że zdarzyło się coś poważnego. Twierdzą, że siostra zabalowała w nocy i zniknęła na kacu.

Jill postanawia sama odnaleźć siostrę, a dzięki temu także porywacza. Policja natomiast uznaje Jill za niepoczytalną i próbuje znaleźć i powstrzymać młodą kobietę.

Film jest w miarę niezły. Spodziewałam się czegoś troszkę innego, ale nie jestem zawiedziona. Sam pomysł na fabułę jest dość przyzwoity, ale zabrakło dopracowania. Rola koleżanki Jill z pracy (Jennifer Carpenter) jest zupełnie niepotrzebna, podobnie młodego policjanta, który początkowo zainteresował się jej historią, a później jego wątek całkowicie się urywa.

Widz jednakże nie jest do końca pewien czy porywacz faktycznie istnieje. Nauczona doświadczeniem po „Wyspie Tajemnic”, przez dłuższą chwilę byłam pewna, że porywacza nie ma, a scenarzyści zgotują nam ciekawsze zakończenie.

Sama Amanda Seyfried nie nadaje się jak dla mnie do filmów tego typu. Jest zbyt delikatna i krucha. Poza tym nie ulega wątpliwości, że nie ma zbyt dużego warsztatu aktorskiego, bo gra jedną miną cały film. Dodatkowo uwagę widz ma zwracać na jej wielkie oczy i usta i nie ma zawracać sobie głowy detalami typu gra aktorska :)

Film można obejrzeć, ale nie jest to z pewnością klasyka gatunku. Na pewno po wyjściu z kina, czy po obejrzeniu obrazu w domu, nie pozostanie on w pamięci na długo.

Tranzyt

Dziś o filmie, który producenci określają jako pełen emocji i napięcia, a swoją akcją widzów rzuci na kolana…. No cóż.

W głównej roli występuje Jim Caviezel, znany szerszej publiczności głównie z roli Jezusa w „Pasji” Mela Gibsona. Jego bohater – Nate, wraz z żoną i córką wybierają się na krótkie wakacje. Nie da się ukryć, że sytuacja w rodzinie nie jest najlepsza. Starszy syn ma pretensje do Nate’a o to, że spędził ostatnie miesiące w więzieniu. Żona natomiast nie może przeboleć kłamstw, których się Nate dopuścił.

W tym samym czasie grupa 4 osób napada na konwój pieniędzy. Udaje im się zdobyć 4 miliony dolarów. Problem polega jednak na ominięciu blokad, ustawionych przez policję z torbą pełną pieniędzy w bagażniku. Wtedy też natrafiają na Nate’a i jego rodzinę. Postanawiają zamienić ich bagaże, a po ominięciu blokady odebrać pieniądze.

Wszystko idzie zgodnie z planem do momentu, kiedy rodzina odkrywa nowy pakunek. Nate zostaje opuszczony przez żonę i dzieci, którzy nie wierzą, że nie są to jego pieniądze. Dodatkowo na całą czwórkę oczekują złodzieje, którzy są zdesperowani aby odzyskać pieniądze.

Teraz wypadałoby powrócić do pochwał producentów. Faktycznie w filmie wiele się dzieje, akurat tego nie można zarzucić. Dzieje się może nawet za dużo, bo akcja przestaje być rzeczywista. Sytuację próbuje ratować Jim Caviezel, którego warsztat aktorski odgrywa stanowczo ważną rolę. Kuriozalne jednak są sceny, w których Jim po otrzymaniu wielu ran wciąż powracał do żywych. Momentami miał chyba więcej obrażeń niż w filmie Gibsona…

Rewelacyjny okazał się za to James Frain, wcielający się w rolę złodzieja. Idealnie nadaje się do ról psychopatów, morderców i innego rodzaju degeneratów. Samo jego spojrzenie powoduje dreszcze. Jest mroczny, zimny i bezduszny.

Osobiście nie poleciłabym tegoż obrazu do obejrzenia, ale nie jestem fanką filmów, w których dzieje się zbyt wiele. Sama akcja toczy się szybko, ale o napięcie ciężko. Miałam tez wrażenie, że pewne detale zostały wprowadzone zupełnie niepotrzebnie lub były całkowicie urywane w dalszej części produkcji. Poza tym jakoś trudno było mi scalić się z bohaterami. Wiem jednak, że wielbiciele gatunku znajdą w nim coś dobrego.

Battleship: Bitwa o Ziemię

Film, o którym dziś jest to kolejna produkcja, gdzie ludzie zostają narażeni na wyginięcie. Nie jest to żadna nowość, w końcu obrazów tego typu mieliśmy już wiele. Dużo się oczywiście dzieje, ale nie da się ukryć, że nie jest to produkcja wysokich lotów.

Główny bohater, czyli Hopper jest młodym mężczyzną, któremu niezbyt wychodzi w życiu. Lekkoduch, bez pracy i perspektyw. Po próbie poderwania dziewczyny, włamaniu do sklepu jego brat postanawia za niego i zgłasza go do marynarki wojennej. Brat (tu Alexander Skarsgard) jest świetnie zapowiadającym się żołnierzem. Ułożony, pokorny i stonowany jest przeciwieństwem swojego młodszego brata.

Kiedy NASA postanawia nawiązać kontakt z planetą o podobnej co Ziemia budowie, nikt nie spodziewa się wizyty nieproszonych gości z innej planety. Oczywiście do spotkania dochodzi i tu zaczynają się problemy. Trzy statki zostają odcięte od pozostałej marynarki i będą musiały stawić czoła wrogim gościom.

I tu właśnie Hopper rozpocznie swoją życiową misję. Na jego barki spadnie dowodzenie i ochrona ludzi przed zagładą. Początkowo nie radzi sobie dobrze, ale z czasem oczywiście nabiera doświadczenia.

Film oczywiście nie jest pełen niespodzianek. Od początku wiadomo, jak się akcja potoczy oraz jak zakończy.Marynarka odgrywa tu dużą rolę. Bez względu na okoliczności, można w niej stać się z chłopca mężczyzną, z lekkoducha, pełnym rozwagi i honoru człowiekiem.

Swój debiut filmowy zaliczyła tu Rihanna. Nie można powiedzieć, żeby się nie spisała, ale jej kwestie były jednozdaniowe, a w zasadzie hasłowe. Wyglądała jednak ładnie i chyba o to chodziło.

Komiczną wręcz sytuacją jest wskrzeszenie do boju 70-o letniego statku, na którego pokładzie znajdują się weterani wojenni obsługujący niegdyś ten statek. Bohaterowie filmu nie mogli chyba liczyć na większe szczęście, ale jak dla mnie w tej konkretnej chwili scenarzystów chyba mocno poniosło.

Nie mogę również nie wspomnieć o roli Liama Neesona, który jako jeden z niewielu w tej produkcji może pochwalić się świetnym kunsztem aktorskim.

W filmie nie brakuje akcji, nie brakuje też humoru. Dla fanów tego typu gatunku może to być rarytas. Ja jednak nie będę się zachwycać. Dla mnie to druga „Wojna światów” tyle, że akcja dzieje się na morzu.

Nietykalni

Lekkoduch Driss (Omar Sy) dopiero co wyszedł z więzienia za kradzieże. Żyje z matką i rodzeństwem w jednym niewielkim mieszkaniu. Nie pracuje, utrzymuje go państwo. Któregoś dnia udaje się do jednego z teoretycznych przyszłych pracodawców, po to aby uzyskać podpis na zaświadczeniu do urzędu pracy.

Trafia do pięknego domu, którego właścicielem jest sparaliżowany Phillippe (Francois Cluzet). Driss nie stara się o przyjęcie do pracy, jest arogancki i całkowicie nie przejmuje się stanem zdrowia Phillippe’a. Dostaje jednak pracę na próbę. Ma zajmować się mężczyzną przez całe dnie i pomagać mu w codziennych czynnościach.

Początkowo Driss nie traktuje swojego zajęcia poważnie. Testuje swojego właściciela na różne sposoby, nawet oblewając go wrzątkiem. Phillippe cieszy się jednak z jego towarzystwa, gdyż Driss nie okazuje mu litości i współczucia. Z dziwnie rozpoczętej znajomości powstaje zalążek przyjaźni.

Film jest naprawdę dobrą komedią. Dawno już nie śmiałam się w głos podczas oglądania tak zwanych komedii. Aktor grający Drissa jest świetny, pełen życia i humoru lekkoduch, który swoją świetną grą aktorską powoduje uśmiech.  Również Francois Cluzet, który wspierać się tu mógł jedynie mimiką wypadł świetnie.

Obraz porusza trudny temat, ale brawurowy scenariusz powoduje, że film jest szczery i zabawny. Na szczególną uwagę zasługują doskonale napisane dialogi, dopracowane do perfekcji i idealnie wpasowane w sytuację.

Film doskonale się ogląda. Co prawda akcja rozkręca się chwilę, ale naprawdę warto na to poczekać. Driss i Phillipe tworzą doskonały duet, który w połączeniu ze świetną grą aktorską i dobrym scenariuszem tworzy świetną komedię. Taką, o którą obecnie ciężko, zwłaszcza w polskim kinie. Gorąco polecam !